Wygrywać czy przegrywać – chrześcijański ideał /  ESENCO, czyli sedno wszystkiego

RSS

Wygrywać czy przegrywać – chrześcijański ideał

Spotyka się czasem takich (miałem tę przyjemność), którzy mówią, że nasza kultura jest kulturą porażki. Aby się w niej odnaleźć należy być słabym, biednym, smętnym, zalęknionym, nędznym i najlepiej trochę głupim. W efekcie podejmują oni często walkę z tradycją, robią wszystko, aby zanegować tę kulturę porażki, potwierdzić jej beznadziejność i nieprzydatność. Według nich ta nasza kultura to efekt religii chrześcijańskiej, która zakłada, że człowiek powinien być pokorny, uniżony, ustępliwy i obowiązkowo powinien zawsze przegrywać. Taki marny nasz los. Niektórzy próbują walczyć z tym całym systemem, ale najczęściej to system ciągnie nas w dół. Całe to chrześcijaństwo tyle ograniczeń wprowadziło, że ciężko jest żyć z takim obciążeniem. Nie dziwne więc, że normalni ludzie próbują trzymać się z daleka od takich zasad, uciec z tego łagru gdzie pieprz rośnie. Części uda się zbiec, a część wybiera życie według najgorszego z możliwych wariantów, aby pokazać sobie i światu, że są najgorsi z najgorszych.

Czy na pewno religia, która nas zniewala, może być religią prawdziwą? Nie wydaje mi się. Ale czy na pewno to, co dotyka tak wielkiej rzeszy ludzi w Polsce, to jest chrześcijaństwo? Czy może jakaś jego karykatura? Co to za religia, która nas zniewala? Wydaje mi się, że oskarżanie chrześcijaństwa o takie efekty to bzdura na skalę tych, że „Amerykanie stonkę zrzucili”, jak to nas karmiono za socjalizmu w czasie plagi wymienionych owadów. Tu jest podobnie, przy czym skala jest zdecydowanie większa od tych, którymi karmił nas i naszych rodziców poprzedni system.

Jaka jest zatem prawda? I gdzie jej szukać? Jak powinniśmy żyć? Skąd czerpać właściwe wzorce? I najważniejsze, czy mamy wygrywać, czy przegrywać?

Zastanówmy się. Czy na pewno przegranej oczekuje od nas Bóg, którego znamy z chrześcijańskich nauk? Czy na pewno naszą rolą jest przegrywanie? Co naprawdę o tym wszystkim mówi chrześcijaństwo? Czy to jest religia porażki? Czy Jezus rzeczywiście przegrał? Czy może „podłożył się” za nas. Postanowił przegrać bitwę, ale wygrać wojnę. Miał możliwość, to umarł i zmartwychwstał. My takiej możliwości nie mamy, więc nie próbujmy umierać. Nie jesteśmy bogami. Realizujmy projekty na miarę swoich możliwości. W tym przypadku nie moglibyśmy wygrać, więc nie grajmy. My mamy inną drogę. Każdy ma inną. Bo każdy z nas jest inny. Jedyny w swoim rodzaju. Każdy ma swoją broń, swoją tarczę, swoje wady i zalety.

My też możemy i powinniśmy wygrywać. Ale podobnie jak Jezus, wygrywać ostatecznie, a nie w drobnych utarczkach. A żeby wygrać wojnę, trzeba czasami się podłożyć, olać głupotę, wyjść z chorego układu, a nie z nim walczyć, tym samym ciągle go wspierając poprzez dostarczanie mu prawdziwych wrogów zamiast tych wyimaginowanych. Chrześcijanin to ktoś, kto wychodzi poza system, jest „ponad to” i ostatecznie wygrywa swoją wojnę.

Oczywiście, że jesteśmy przeznaczeni do wygrywania. Ale nie musimy. Zawsze jest miejsce na wybór.

Skąd wzięła się ta kultura nędzy? Kultura przegrywania nie jest wynikiem działania chrześcijaństwa, a socjalizmu i innych zniewoleń, które dotykały Polaków przez wiele pokoleń. Czego nie zrobiły zabory, dokończył socjalizm. Nie zastanawiało cię, dlaczego to właśnie w tamtym okresie wszystko było bure i ponure, a dom można było wybudować szary i nie większy niż 110 m2. Architekt nie miał wielkiego pola do popisu. To nie chrześcijaństwo wymyśliło pozbawiony estetyki świat wielkiej płyty. Wszyscy mieli byś tacy sami. Przytniemy ich trochę o 20 centymetrów, żeby byli równi. Wydłużyć nie damy rady, bo natura jest od nas lepsza, to przykrócimy troszeczkę i wszyscy będą tacy sami.

Naszą rolą jest wygrywanie.

Ale wygrywanie ostateczne w swoim życiu i w tworzeniu lepszego świata w czasie przekraczającym nasze życie, poprzez tworzenie, pozostawienie śladu po sobie, budowanie lepszej przyszłości, również materialnej, choć nie to jest najważniejsze. Trzeba mieć właściwe priorytety. To jest tylko podstawa, zgodnie z piramidą potrzeb Maslowa. Ta podstawa musi istnieć, bo jesteśmy przecież zanurzeni w świecie fizycznym. Nie można jednak zapominać, że człowiek to również dusza, jego intelekt, wolna wola. I z tej wolności trzeba jak najlepiej skorzystać. Ale nie można przy tym ograniczać wolności innych, bo to też wykroczenie przeciwko boskiemu zamysłowi. Ważne, żeby nam, ludziom, żyło się lepiej. Żebyśmy czuli się lepiej w tym krótkim życiu.

Z pewnością emocje mogą być dobrym drogowskazem. Trzeba jednak pamiętać, że emocjom również nie można wierzyć bezgranicznie. Niektórzy mówią, że w życiu właśnie o to chodzi, aby czuć się dobrze. Ale przecież można się również dobrze czuć, realizując żądzę niszczenia. A to nie o to chodzi. Z drugiej stronie na pewno nie zaszkodzi pomnażać dobro i czuć się dobrze. Przecież czyniąc dobro innym ludziom zależy nam na tym, aby czuli się dobrze, czuli się spełnieni.

Oczywiście, że chodzi o to, żeby wygrywać, realizować się. Tworzyć, nie niszczyć. Również dobra materialne. Chrześcijanin ma być biedny? Dlaczego niby tworzenie miałoby być złe? Kto pokusi się o wyjaśnienie? Zgadzam się, że rolą człowieka jest czynić dobro. Ale przecież dobra materialne – to też dobra. Oczywiście należy wyodrębnić dobro (materialne) z całej materii. Bo przecież rzeczy mogą być dobre, ale mogą też szkodzić. Nie nazywajmy wszystkich rzeczy „dobrami”. Bo wypaczymy pojęcie dobra, jeśli nazwiemy tak wszystkie rzeczy materialne. One wszystkie nie są dobre, zatem nie mogą być dobrami. Dobro jest wtedy, kiedy służy nam i innym, a nie kiedy niszczy lub zniewala. To kolejny efekt socjalistycznej nowomowy. Przyzwyczailiśmy się, że słowa niekoniecznie ukazują prawdziwe znaczenie tego, co określają. Polecam Rok 1984 Orwella. Wybierajmy zatem te dobre „dobro”.

Oczywiście, że mamy wygrywać! Ale czy wygraną można nazwać poniżenie kolegi z pracy? Albo wymuszenie posłuszeństwa na drugim człowieku? Albo udowodnienie, że ktoś jest od nas gorszy? Zostaw walkę z innymi osobami na boku. Wygrywaj, realizując projekt swojego życia. Wtedy znajdziesz szczęście. Bo kto jest ostatecznie lepszy? Kto bardziej wygra? Ten, co będzie toczył walkę na wyniszczenie z drugim człowiekiem, nawet gdy tamten zaczął? Czy może ten, który zamiast tracić energię na bezsensowne utarczki, pójdzie swoją drogą, zostawi chory system za sobą i zrealizuje swoje cele, które postawił sobie w życiu? Wybuduje coś, osiągnie, zdobędzie jakiś szczyt, zwiedzi świat, nauczy się czegoś konstruktywnego?

Walczyć czasami trzeba. Na przykład po to, aby utwierdzić się w wolności, aby nie dać się zniewoleniu ludzi pragnących odebrania wolności innym. Ale walka, to nie zemsta, która głównie wyniszcza samego agresora, zjada od środka, zatruwa umysł, przeżuwa i wypluwa resztki. Tak, że nie ma co zbierać. Po każdej takiej akcji, człowiek zostaje coraz bardziej poharatany.

Wygrywaj! Wolnością, mądrością, wiedzą, umiejętnościami. Wygrywaj! Nigdy się nie poddawaj. Walcz i wygrywaj! Zastanów się tylko, co to jest prawdziwa wygrana. Co musisz zrobić, żeby osiągnąć trwałą satysfakcję.

Rolą wolnego człowieka, a w szczególności chrześcijanina, jest wygrywanie, nie zapominaj o tym. Nigdy porażka! Zwróć tylko uwagę, kiedy rzeczywiście wygrywasz? Kiedy kopniesz psa sąsiada? Czy kiedy realizujesz swoje cele? A może wtedy, gdy luzujesz i żadna głupota nie może zakłócić twojego spokoju? Kiedy zdajesz sobie sprawę, że twój czas jest ograniczony i trzeba realizować priorytety, zamiast zajmować się pierdołami, kłótniami o psie gówno i przelewaniem z pustego w próżne.

Diabeł świetnie zna się na retoryce, dobrze gra słowami, wygraną nazywa porażką, a przegraną – wygraną. Mówi też, że nie warto walczyć o swoje, że trzeba się poddać. Czy na pewno Jezus się poddał? Kiedy? A kiedy nie bronił swoich praw? Oh, diabeł dobrze zna biblię, dobrze. Mówi nam, że chrześcijaństwo jest religią porażki. Trzeba dobrze się nawyginać, żeby oskarżyć kogoś, kto oparł się jego pokusom, że prowadzi nas drogą porażki. Zastanawiające.

Tak, naszą drogą jest ostateczny sukces, zarówno w życiu, jak i poza nim. Ale sukces wymaga pracy i cierpliwości. Jest czas zasiewu i czas zbierania. A pomiędzy nimi jest oczekiwanie. A tego nam się nie chce. Nie chce nam się czekać. Jesteśmy niecierpliwi, więc wymyślamy te swoje historie, że to niby trzeba przegrywać, że to niby takie szlachetne być w ciemnej d…. i żyć bez żadnych perspektyw na przyszłość.

Łatwiej zdecydować się na przegraną i utworzyć sobie jakieś wyjaśnienia, niż podjąć ryzyko, żyć z niepewnością, że może i tak wyżej d… nie podskoczysz. Szczególnie, kiedy inni podobni mi ludzie, ostrzegają ciągle o niebezpieczeństwach. Na pewno ci się nie uda, mówi Diabeł ustami innych ludzi. On wie, co to cierpliwość. Zasiał już niepewność w umysłach innych ludzi i teraz próbuje tobie wszczepić wirusa porażki.

Zastanów się. Znajdź chwilę i opracuj swoje cele. Przestań reagować na życie, a zacznij je kształtować.

Jeśli jeszcze cię nie przekonałem, to poddaję się. Niech będzie. Tak, mamy siedzieć ze spuszczoną głową, martwić się, nie realizować swoich celów i dążyć do przegranej, do całkowitego upodlenia i nędzy myślowej. A na końcu, jak trafimy przed bramy niebios, to na dzień dobry w nagrodę za życie zgodnie z wartościami chrześcijańskiej porażki dostaniemy po trzy pały bez łeb, no bo przecież idziemy do raju, którego namiastkę stworzyliśmy sobie na ziemi i trochę posmakowaliśmy. Potem aniołowie sprzedadzą nam po dwa kokosy, a na końcu trafimy w nagrodę za dobre sprawowanie (pokorne lizanie podłogi) przed oblicze Boga, a on zamknie nas w psiej budzie i jak tylko najdzie go ochota, to będzie nas kopał dla własnej satysfakcji. Ludzie! Ogarnijcie się trochę! Trochę umiaru. Jak to możliwe? To na tym polega miłość, że jeden drugiego kopie?!

Skoro tak, to powinniśmy utrudniać maksymalnie życie swoim dzieciom, skoro to dla nich takie dobre. One też sobie kiedyś zadadzą pytanie, czy tak właśnie ma się realizować miłość, że w nagrodę dostaje się baty, no bo „jak nie bije, to nie kocha”. To Bój jest takim niezrównoważonym psycholem, którego satysfakcjonuje ludzka krzywda? Naprawdę tak myślisz? Dobrze, kończę, bo to bez sensu. Miłość to nie sadyzm. A Bóg jest miłością.

Prawda musi być inna. Z pewnością czegoś innego uczy nas chrześcijaństwo. „Nie bój się! Znałem cię, zanim się urodziłeś. Przyjdź do mnie”, mówi Bóg (Izajasz 43,1) – nie po to, żeby dostać dwa kopy. „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 15-16). Nawet, gdyby matka zapomniała o tobie, ja nigdy nie zapomnę o tobie. Rozumiesz? Nigdy! Oto wyryłem Cię na obu swych dłoniach. Zawsze będę przy Tobie. To jest Bóg. Takiego przedstawia nam chrześcijaństwo. Zrozum to. I skorzystaj z wolności, nie korzystaj z niczego, co zniewala. Możesz wyjść i zrobić coś. Możesz, ale nie musisz. To zaproszenie. Możesz. To ważne. Wybieraj. Porażka, czy sukces?

Drobne przeszkody są częścią życia, ale dobrowolny wybór porażki nie jest godny chrześcijanina. Porażka to nie chrześcijaństwo. To religia socjalistyczna. Polski islam (nie obrażając islamu – to taka polska wersja). A pokora to nie uległość, ale znajomość swoich mocnych i słabych stron oraz zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości, odkrycie właściwej nam roli, rozpoznanie swoich możliwości. Ale o tym kiedy indziej.

Ważne, że masz wybór!

Artur Domalewski




Twój Komentarz

Musisz być zalogowanyaby móc komentować.